AUTOBIOGRAFIA JERZEGO SZMAJDZIŃSKIEGO

 

Nic do ukrycia, czyli wszystko o mnie

 

W zasadzie mógłbym Państwu podać suche fakty – urodził się, był tu, był tam, robił to i owo. Inaczej mówiąc – mógłbym Państwa odesłać do mojej noty biograficznej w Wikipedii. Zresztą tak się robi najczęściej.

Oto, więc ta nota:

Jerzy Andrzej Szmajdziński (ur. 9 kwietnia 1952 we Wrocławiu) – polski polityk, poseł na Sejm w latach 1985–1989 i ponownie nieprzerwanie od 1991 (I, II, III, IV, V i VI kadencji), wicemarszałek Sejmu VI kadencji, były minister obrony narodowej. Ukończył w 1975 studia na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Przed 1989 był zawodowym pracownikiem organizacji młodzieżowych oraz członkiem PZPR w latach 1973–1990, od 1986 zasiadając w Komitecie Centralnym. W latach 1984–1989 był przewodniczącym Zarządu Głównego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, a w latach 1989–1990 kierownikiem Wydziału Organizacyjnego KC PZPR. Od powołania przystąpił do SdRP, pełniąc funkcje we władzach krajowych tej partii. Od 1999 działa w Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jest żonaty z Małgorzatą Szmajdzińską. Ma dwoje dzieci, Agnieszkę i Andrzeja. I tak dalej i temu podobne … Ponieważ jednak ubiegam się o najważniejszy urząd w państwie, to pomyślałem sobie, że najlepiej będzie, jeśli ja sam opowiem Państwu o sobie. Jeśli mi się powiedzie i uzyskam sukces wyborczy, będą mogli Państwo powiedzieć: Szmajdziński? Znam, znam … Zatem, kto chce, niech czyta, zapraszam.

Młodość

Urodziłem się we Wrocławiu, 9 kwietnia 1952 roku. To była środa Wielkiego Tygodnia, przygotowania do świąt szły pełną parą, a tu masz babo placek, znaczy dziecko. Ani posprzątać, ani co upiec, bo ja byłem najważniejszy pierworodny syn Henryka i Heleny Szmajdzińskich, Jerzy, Andrzej. Jakoś jednak rodzice dali sobie radę i wtedy ze świętami i potem – przez wszystkie późniejsze lata. Podobno w tradycji chrześcijańskiej środa, tak jak poniedziałek i wtorek Wielkiego Tygodnia, to dni w szczególny sposób poświęcone pojednaniu. Może to tłumaczy moją skłonność do dialogu, kompromisu, do rozmowy? Nie znam się na Wielkim Tygodniu, więc nie będę się mądrzył. Ja uważam, że mój charakter, poza rodzinnym domem, w znacznym stopniu ukształtował Wrocław. Po prostu. Piękny, wspaniały Wrocław. Pamiętają Państwo:

Wieczór zapada, już noc niedaleko, już gwiazdy migocą na niebie
Srebrzy się Odra, najmilsza ma rzeka i płynie z piosenką do ciebie
Mkną po szynach niebieskie tramwaje przez wrocławskich ulic sto
Tu przechodnia uśmiechem witają dzieci i kwiaty, i każdy dom
Na przystankach nucą słowiki, dźwięczy śpiewem stary park
Przez Sępolno, Zalesie i Krzyki niesie melodię wrocławski wiatr

Ten walczyk rozsławił Wrocław na cały kraj. Jego niepowtarzalna wykonawczyni, pani Maria Koterbska, wspominała, że walczyk powstał w pociągu, w drodze na koncert. Swoją premierę „Wrocławska piosenka” miała w Hali Ludowej. Maria Koterbska zaśpiewała ją z kartki, bo nie zdążyła nauczyć się tekstu. Przyszły tłumy, publiczność szalała, a owacjom nie było koń-ca. Ten walczyk do dziś mi się podoba, przyznam się, że nawet rozrzewnia.
Wrocław lat 50. to miasto wielu kultur, wielu języków, mimo ruin pozostałych po Festung Breslau żywe, kolorowe. Zjeżdżali tu, „na zachód”, jak się wtedy mówiło, rodacy z różnych stron kraju, zatrzymywali się i zostawali także ci, którzy powracali z niewoli – z robót przy-musowych, z obozów. Byli uratowani z piekła Żydzi – jedni szykowali się do dalszej drogi, drudzy zapuszczali tu korzenie. Byli Rosjanie. Przede wszystkim jednak byli lwowiacy, którzy z Wrocławia stworzyli swój mały Lwów. Charakterystyczny zaśpiew, to też był urok Wrocławia. Wrocław w całej Polsce słynął ze swoich „ta, joj”, lwowiaków. Wystarczyło, że ktoś powiedział zdanie w tej śpiewnej mowie, żeby ktoś inny radośnie odkrywał: pan z Wrocławia!

Skąd jestem

Wcześniej naszym miejscem na ziemi, naszą „małą ojczyzną”, był Korzeniew w powiecie kaliskim, w województwie poznańskim. Moi pradziadkowie ze strony ojca byli rolnikami, gospodarzyli na kilkumorgowym gospodarstwie. W wolnej Polsce mój dziadek i jego brat zostali powołani do wojska i brali udział w wojnie polsko-rosyjskiej. W bitwie pod Beresteczkiem na Ukrainie, dziadek został ranny odłamkiem szrapnela w biodro. Po tej kontuzji miał niesprawną nogę, komisja wojskowa uznała go za inwalidę wojennego, a państwo przy-znało rentę wojenną – 21 złotych miesięcznie. Brat dziadka z tej wojny nie wrócił, zaginął bez śladu. Po wojnie, dzięki poparciu Związku Inwalidów Wojennych dziadek pracował w urzędzie gminy, jako woźny. Otrzymywał za to 40 złotych miesięcznie. Po uruchomieniu we wsi agencji pocztowej, dodatkowo został listonoszem – za 15 złotych. Miesięcznie, razem z rentą inwalidzką, dziadek zarabiał więc 76 złotych. Ponieważ z zawodu był stolarzem-kołodziejem dorabiał po godzinach – robił ludziom meble, części do wozów konnych. Żyjąc skromnie i oszczędnie, w 1935 roku dziadkowie kupili działkę powierzchni 1100 metrów kwadratowych i wybudowali na niej dom, który w podstawie liczył 5 metrów na 10.

Po wybuchu wojny światowej, na początku maja 1940 roku, mój ojciec, jako 16-letni chłopak, został uznany za zdolnego do pracy i wywieziony do Niemiec. Razem z nim „badano” moje-go dziadka-inwalidę, ale wtedy jeszcze uznano go za niezdolnego do pracy. Ojciec znalazł się w gospodarstwie ogrodniczo-warzywniczym we wsi Hrneburg w Westfalii. W styczniu 1943 r., już jako pełnoletni, został przeniesiony do kopalni węgla kamiennego General Blumenthal w Recklinghausen. Pracował tam do zakończenia wojny. W 1946, na pokładzie towarowego statku, przypłynął do Gdyni. Wrócił. Losy dziadka potoczyły się inaczej. W 1943 roku Niem-cy uznali go jednak za zdolnego do pracy i wywieźli na roboty przymusowe na Śląsk, do ko-palni. Pracował na powierzchni, jako stolarz. Wrócił zaraz po wojnie ale wkrótce, w 1948 roku, zmarł. Moją babcię Niemcy wyrzucili z domu i przenieśli do kuzyna w tej samej wsi. W domu dziadków osiedlono rodzinę łemkowską, która uciekła potem przed frontem, porzucając dom. Babcia umarła w maju 1996 roku mając 97 lat.
Ojciec wkrótce po powrocie do Polski w ślad za innymi też wyjechał „na zachód”, do pracy w Zakładach Ceramicznych w Ziębicach, w powiecie ząbkowickim. Pracując, zaczął się uczyć. Tata uzyskał tytuł magistra administracji i dyplom z wyróżnieniem. W listopadzie 1975 roku został wybrany na prezesa Spółdzielni-Budowlano Mieszkaniowej i pracował na tym stanowisku do emerytury. Wysokościowce na placu Grunwaldzkim, osiedle Gądów Mały, a także
Kosmonautów, to między innymi jego dzieło. W naszej rodzinie jakoś tak już jest, że raczej budujemy niż rujnujemy.

W porównaniu z moimi pradziadkami, dziadkami i rodzicami, moje dzieciństwo i młodość płynęły spokojnie – nie musiałem iść na wojnę, opuszczać domu, miałem się zdrowo chować i uczyć. Z jednym i drugim dałem sobie jakoś radę. Co do „chować”, to mam 187 cm wzrostu i 44 numer buta. Co do „uczyć się” także nie najgorzej – ukończyłem Technikum Elektroniczne, a potem Akademię Ekonomiczną we Wrocławiu.
Zwykle kogoś takiego jak ja, kogoś, kto pragnie objąć jakąś ważną funkcję, pytają o pasje. Odpowiadam więc: polityka, kultura i sport.